SYZYFOWE PRACE, CZYLI O EDUKACJI EKONOMICZNEJ SPOŁECZEŃSTWA


Zajmując się praktycznie edukacją ekonomiczną naszych obywateli przynajmniej od lat 80. ubiegłego stulecia niejednokrotnie w tym czasie przechodziłem ataki zwątpienia. Słuchając wypowiedzi tzw. zwykłych ludzi i czytając wyniki badań ankietowych miałem chwilami wrażenie, że cały mój wysiłek idzie na marne.
Wiele wskazuje bowiem, że ogromna większość ludzi nie jest w stanie zastosować się do recepty zawartej w „Ekonomii w jednej lekcji” – autorstwa Henry’ego Hazlitta – i przyjrzeć się danemu zjawisku ekonomicznemu nie tylko z punktu widzenia jednej grupy, lecz wszystkich grup dotkniętych danym zjawiskiem. A także przyjrzeć się konsekwencjom danego zjawiska (czy danej polityki) nie tylko w krótkim okresie, lecz także w dłuższym okresie, w którym te konsekwencje bywają wręcz odwrotne od tych, które cieszą (naiwnych) w krótkim okresie.
Od czasu do czasu jednak pojawiają się sygnały, że być może nie wszystko stracone i ludzie są jednak „wyuczalni”. Tylko, być może, odwoływać się należy nie tyle do zdolności analitycznych, ale – jeśli to tylko możliwe – do ich osobistego interesu. W końcu sam Adam Smith podkreślał z naciskiem, że nie z dobrej woli piekarza mamy co rano świeże bułki, tylko dlatego, że ów piekarz ma swój interes w tym, by nam te świeże bułki sprzedać.
Takie doświadczenie przynosi ankieta Pulsu Biznesu na temat stosunku do tzw. frankowiczów. Od razu dodam, że poza rozważaniami pozostawiam poglądy polityków różnych partii na temat pomocy frankowiczom, gdyż podyktowane są one ich przedwyborczą skłonnością do „wmaślania” się różnym grupom wyborców (tu: frankowiczom”). Udział polityków wśród ankietowanych na zlecenie „Pulsu Biznesu” był jednak minimalny lub żaden.
Przyjrzyjmy się, więc, wynikom owej ankiety. Najciekawsze są tutaj dwa pytania. Pierwsze to pytanie, na ile odruch współczucia ogranicza zdolność analitycznego myślenia odpowiadających na ankietę. Klinicznym przykładem są odruchy silnego poparcia w rozmaitych badaniach dla strajkujących górników węgla kamiennego. Związki górnicze to klasyczne pasożytnicze lobbies, w dodatku niesłychanie agresywne, walczące o to, by wyrwać od podatników, czyli od społeczeństwa, jakąś część naszych pieniędzy.
A jednak mimo dość oczywistych pasożytniczych intencji i wielce kosztownych konsekwencji ich sukcesów, gdy górnicy – albo jeszcze lepiej – ich żony opowiadają, jak to oni walczą o to, by mieć co garnka włożyć do pierwszego, poparcie ciągle jest wysokie. Skąd się to bierze?
Być może jest to część przeklętego dziedzictwa „Solidarności” z lat 80. Ludzie ciągle mają w głowach to, że jak ktoś strajkuje, to znaczy, że ma rację. Mało tego, z tą myślą kojarzy się jeszcze druga, że jeśli komuś udało się wyszarpnąć coś dla siebie, to dobrze, bo inni też mogą powalczyć o te same pieniądze czy przywileje. Ten mający „solidarnościowe” źródła analfabetyzm ekonomiczny zaciemnia postrzeganie oczywistej prawdy, że jeśli ktoś dla siebie wyszarpnie więcej, to produktu krajowego brutto (czyli nowo wytworzonego bogactwa) będzie m n i e j dla pozostałych.
Siła odruchu solidarnościowego z demonstrującymi (bo trudno tu mówić o strajku!) frankowiczami jest mniejsza, ale i tak aż 31% ankietowanych uważało, że państwo (czyli my, podatnicy) powinno pomóc frankowiczom. Natomiast tylko 12% odpowiedziało pozytywnie na pytanie: „Czy zgodził(a)by się pan(i), żeby wpływy z pana(pani) podatków zostały przeznaczone na pomoc dla kredytobiorców frankowych?”
I tu właśnie pojawia się drugie ważne pytanie, czy personalizacja zamiast uogólnień nie jest właściwą drogą dla edukacji ekonomicznej. Abstrakcyjne „państwo” niewiele mówi szaremu obywatelowi. Natomiast spersonalizowanie jego sytuacji przemawia – jak widać – znacznie silniej. Co innego jakieś tam „państwo”, a co innego ów przysłowiowy Kowalski, który musiałby sięgnąć do własnej kieszeni.
Niestety, przyjmująca taką strategię edukacja ekonomiczna natrafiać będzie na rozmaite przeszkody, m.in. w postaci infantylizacji obywateli przez państwo. Od lat liberałowie domagają się tego, by do każdego podatnika docierały szczegółowe dane na temat jego sytuacji podatkowej, a także informacja o tym, na co przeznaczane są płacone przez konkretną osobę podatki. Czyli domagają się pomocy w kształtowaniu postawy poinformowanego, odpowiedzialnego obywatela.
Praktyka idzie jednak w kierunku odwrotnym, państwa-dobrego wujka, który za obywatela-podatnika całą papierkową robotę załatwi, a on niech tylko płaci. Płaci i o nic nie pyta…




Strona Glówna | Publikacje | Wyklady | Biografia | Felietony | Różne
   Designed by malit & izi-it.